RSS
sobota, 10 września 2011
Druty

Zeżarło mi wpis...

No to napiszę jeszcze raz, że przeżyłam :) Usunięto mi trzy druty blokujące ruch w łokciu i nadgarstku, reszta - wraz z popręgiem Webera - została w ręce do czasu, aż całkowicie wygoją się złamania. Lekarz mówi, że w granicach pół roku, a potem rok oczekiwania na operację wyjęcia. I ten zabieg odbędzie się pod narkozą, co pozwala mi spokojnie oddychać.

A jak było?

"Wyjęcie" drutów przypomina wyrywanie zębów przyrośniętych do kości szczęki. Znieczulenie? Owszem, jest - znieczulają nadgarstek, żeby móc przeciąć tkankę miękką i odnaleźć druty. Dwa pierwsze wytrzymałam cicho pojękując przez zaciśnięte zęby. Przy wyrywaniu trzeciego krzyczałam :( Nie sposób opisać tego bólu. Uwierzcie mi - nie da się. Na dodatek któryś z nerwów zwariował i przez kciuk, palec wskazujący i środkowy zaczęły przelatywać dreszcze, jakby je prąd poraził. Nie patrzyłam co robią lekarze (przy młodym stał ordynator i trzymał moją rękę w trakcie wyszarpywania), przed oczami miałam wiszący na ścianie zegar. Dziesięć minut walczyli z ostatnim drutem. To było najdłuższe dziesięć minut w moim życiu :/

Szycie to już pestka. Wiedziałam, że pot zalewał mi oczy w czasie zabiegu. Nie przypuszczałam jednak, że ubranie na mnie będzie zupełnie przemoczone. Jakbym wyszła z basenu.

Pochwalili mnie. Za dzielność. Doktor powiedział, że czasami nie da się dokończyć zabiegu, bo pacjenci nie wytrzymują bólu i wtedy - według procedur - można powtórzyć próbę dopiero po roku. Dziękować Bogu, nie będę już przez to przechodzić.

Jakie rokowania?

Pan Ordynator był zaskoczony stanem łokcia. Krótko mówiąc nie spodziewał się, że w tak niedługim czasie zrobię tak duże postępy w uruchamianiu  stawu łokciowego. Ale ja jestem zaparta i ćwiczę mimo bólu. Wierzę, że nie sprawdzą się prognozy o dwudziestu procentach sprawności ręki. Ja się na to nie zgadzam i zrobię wszystko, żeby udowodnić całemu światu, a lekarzom przede wszystkim, że całkowicie odzyskam sprawność. Niech mi tylko wygoją się rany i zejdzie obrzęk. Skierowanie do szpitala rehabilitacyjnego wyszarpnęłam lekarzom tak, jak oni mi wyszarpali druty. Teraz tylko uzgodnić termin przyjęcia. Wczoraj nie byłam w stanie pojechać na konsultację. Zrobię to w poniedziałek i mam nadzieję, że będzie to dobry dzień:)

12:45, semiranna
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 05 września 2011
Trudny tydzień

Trudny tydzień przede mną... Rehabilitacja idzie mi coraz lepiej, ręka powolutku odzyskuje chęć do życia. Są nawet momenty, gdy zapomina o gipsie i pędzi na pomoc prawej;) Pani Rehabilitantka mówi, że to bardzo dobry i ważny objaw. I pociesza, że szybciej wrócę do formy, niż się wszyscy spodziewają.

I tak ma być:)

A tymczasem jutro zdejmują mi pozostałą część gipsu, robię kontrolne zdjęcia rtg i w środę rano, jeśli wszystko będzie ok, jadę do szpitala na wyjęcie drutów. Strach to mało, żeby określić jak się czuję. Panicznie boję się bólu. Przecinania na żywca skóry, bo tylko końcówka jednego drutu jest na wierzchu, a pozostałe siedzą gdzieś w ciele. I wyciągania drutów się boję:/ Mam nadzieję, że sprawdzi się powiedzenie o strachu z wielkimi oczami i przetrwam tę próbę ognia nie robiąc z siebie histeryczki;)

Chciałabym mieć zabieg z samego rana, wtedy mogłabym od razu pojechać na konsultację do szpitala rehabilitacyjnego w Jeleniogórskim. Modlę się, żeby mnie przyjęli. To dla mnie jedyna szansa na dobrą rehabilitację w ramach Funduszu Zdrowia. Chociaż na trzy tygodnie. Przydałoby się to nie tylko mojej ręce. Cała opadłam z sił. Dwumiesięczny pobyt w domu dał mi się we znaki. Mięśnie osłabły, kości się zastały, serce padochło od środków przeciwbólowych. Jednym słowem bida z nędzą.

Muszę stanąć mocno na nogi.

13:18, semiranna
Link Komentarze (20) »
sobota, 27 sierpnia 2011
Finisz

Pewnie, że to żart z tym finiszem:) Przede mną jeszcze bardzo długa droga, ale niewątpliwie zbliża się koniec bardzo dokuczliwego etapu zdrowienia. Mam już tylko połowę gipsu. Za to całkiem nowiuśkiego. Podczas odcinania okazało się, że gipsowy opatrunek jest w złym stanie i nie trzyma należycie ręki, więc zdjęto staroć i od łokcia do połowy palców mam nową "laleczkę";))

Lekarz jest zadowolony. Na kontrolnych zdjęciach rtg łokieć jest ładnie wygojony, reszta kości w trakcie zrastania. Ciało pod gipsem wygląda paskudnie. Ręka w dalszym ciągu jest obrzmiała, poprzecinana sinymi bliznami i wielokolorowymi sińcami na prawie całej powierzchni. Rana co prawda wciąż się paprze, ale ból ręki zdecydowanie się zmniejszył. Nie na długo, bo już katuję ją ćwiczeniami rehabilitacyjnymi, które nie są bezbolesne. Łokieć bardzo zesztywniał, ciężko go zmusić do jakiegokolwiek ruchu. Rehabilitantka radzi uzbroić się w cierpliwość na co najmniej pół roku. Trzeba, to trzeba:) A w ogóle, to trafiłam wyjątkowo dobrze: Pani Rehabilitantka jest młodą dziewczyną, ale widać, że zna się na rzeczy, a do tego jest przemiła:) Lubię jak ludzie łapią myśl w pół słowa. I lubię czuć się zaopiekowana, bezpieczna. A ta miła srajda mi to daje:) Co nie zmienia postaci rzeczy, że w czasie ćwiczeń pot ze mnie strumieniami spływa, tak daje mi popalić.

Chciałam coś napisać... coś, co po tych wszystkich moich narzekaniach na służbę zdrowia wydaje się być zupełnie nierealne...

Do "mojego" Pana Chirurga chodzę prywatnie. Nie było innego wyjścia. Od jakiegoś czasu Pan Chirurg nie bierze ode mnie za wizyty... I nie powiem, że mi to nie pasuje. Białe fartuchy na mojej karuzeli odzyskały ludzką twarz:)

18:04, semiranna
Link Komentarze (9) »
niedziela, 21 sierpnia 2011
"Wodą z mydłem można przemywać."

Prawdą mówiąc odechciewa mi się spisywania "kwiatków" z leczenia ręki... Wszystko dzieje się jak w jakimś matrixie, gdzie wszyscy, wszystko wiedzą i w tej wiedzy są najmądrzejsi, a ja poruszam się jak ślepiec, co i rusz boleśnie odbijając się od Wszystkowiedzących.

Ale do rzeczy.

Tydzień minął nieciekawie. Dzień do dnia podobny. Ale piątek dał mi nieźle popalić. Do ośrodka zdrowia przyszłam o dziesiątej. Jak co dzień miał być zmieniony opatrunek, jednak tym razem pielęgniarka grzecznie kazała mi pójść najpierw do mojego lekarza rodzinnego, żeby obejrzał rany. Wyczekałam się prawie dwie godziny, ale Pani Doktor przyjęła mnie i w gabinecie zabiegowym obejrzała rękę. To, co się później wydarzyło, jeszcze otwiera mi buzię ze zdumienia.

Moja Pani Doktor bardzo kategorycznie stwierdziła, że mam więcej nie przychodzić do nich na opatrunki, bo ona nie weźmie odpowiedzialności za stan mojej ręki... I chociaż padały w tekście słowa: "z całym szacunkiem", to czułam się jak sponiewierany gówniarz, bo nie dopuszczała mnie do słowa, coś tam wspominając o ropowicy skóry i kości oraz skarżeniu za niewłaściwe leczenie. Zgłupiałam...

W trakcie wizyty u ordynatora ortopedii, Pan Doktor stwierdził, że opatrunki możemy robić sami w domu, używając wody i mydła do pozbycia się zanieczyszczeń, a tu mi mówią, że wykwalifikowane pielęgniarki nie mogą zmieniać opatrunków, bo zbyt duże ryzyko... To był piątek, mój Pan Chirurg był nieuchwytny, a Pani Doktor wyleciała z gabinetu z szybkością światła, nie chcąc odpowiedzieć mi na pytanie co ja mam w takim razie robić? Gdzie iść? I najważniejsze: co się dzieje z moją ręką?

Stanęło na niczym. Wizytę u chirurga mam w poniedziałek, wytrzymam. Wczoraj pojechałam na opatrunek do P. Ścierpnięta ze strachu czekałam na to, co powie pielęgniarka na widok rany. Łokieć - prawie zagojony, zewnętrzny bok nadgarstka - pięknie się goi, wewnętrzny... troszkę się paprze, ale wyczyścimy, usuniemy brudną watę i będzie dobrze - uśmiechnęła się Pani Pielęgniarka. Żadnego straszenia, żadnego odsyłania "idź pani gdzie indziej", nic - po prostu zmieniła opatrunek. Można inaczej? Można. Tylko trzeba być człowiekiem.

PS

W ubiegłą niedzielę, już po opatrzeniu ręki, Pani Pielęgniarka życzyła mi szybkiego powrotu do zdrowia, kiedy podziękowałam, wyciągnęła w moją stronę ręce i przytuliła serdecznie:) Pierwszy raz w życiu, zupełnie obcy człowiek dał mi tak wiele dobrej energii. Zrobiło mi się cieplutko i dobrze. I oddałam jej w uścisku wielki uśmiech:) Tę wczorajszą Panią ja miałam chęć przytulić. I szkoda, że się nie odważyłam.

09:19, semiranna
Link Komentarze (15) »
piątek, 12 sierpnia 2011
Pokuta

Tak sobie myślę, że musiałam porządnie nagrzeszyć, skoro Pan Bóg zadał mi taki czyściec za żywota... Ktoś powiedział, że będzie lepiej? A ja? Ośmieliłam się myśleć, że po operacji czekają mnie coraz mniej bolesne dni?

Nic z tego. Worek pokutny na grzbiet i na kolana. Żebym nie zapomniała gdzie moje miejsce.

W ubiegłym tygodniu "mój" chirurg stwierdził, że rany goją się coraz lepiej. Zaświecił promyk ulgi i optymizmu. Mniejszy ból pozwolił na systematyczne ćwiczenie palców, które przestały być odrętwiałe. Sypiałam dobrze. Wszystko wskazywało, że mogę głębiej odetchnąć.

Ból wrócił w niedzielę. Trochę inny, ale położyłam to na karb deszczowej pogody. W poniedziałek zaczęły mi drętwieć palce i poruszanie nimi sprawiało dużą trudność. Bolesne pulsowanie wierzchu dłoni przypominało nabrzmiewanie wrzodu. Wtorkowa wizyta u chirurga potwierdziła moje podejrzenia - kolejny nawrót martwicy i ropa gromadząca się w miejscach, gdzie wystawały końcówki drutów. Stan zapalny objął też wierzchnią część dłoni. Nie było na co czekać. Dziękować Bogu, Pan Ordynator zgodził się mnie przyjąć w czwartek, w szpitalu.

Oczyszczenie ran było cholernie bolesne. Wytrzymałam, ale wyszłam mokra jak mysz. Najgorsze było poruszanie drutami - w głowie wybuchały fajerwerki. Nie usłyszałam słów pocieszenia. Kazano mi zacisnąć zęby, zwiększyć ilość przyjmowanych leków przeciwbólowych i wytrzymać, bowiem stan zapalny może utrzymać się dokąd w ciele będą tkwiły druty. Ulgę może przynieść codzienne oczyszczanie ran przy zmianie opatrunku.

Jedyną pozytywną rzeczą jest to, że nareszcie wyjaśniła się kwestia ile tygodni mam nosić gips. Ordynator zgodził się z opinią "mojego" chirurga, że część gipsu powinna jednak być zdjęta trochę wcześniej. I tak po sześciu tygodniach od operacji mam mieć usuniętą część od pachy do troszkę poniżej łokcia. Żeby go uruchomić. Pozostała część zostaje przez pełnych osiem tygodni. Zapytałam o rehabilitację po zdjęciu gipsu. Dostanę skierowanie kiedy wyjmą mi z ręki druty. To, że żaden gabinet rehabilitacyjny nie przyjmuje pacjentów "z marszu" nikogo nie interesuje. Chcesz być usprawniany od razu? Płać za prywatne zabiegi. W przeciwnym wypadku czekasz na swoją kolej kilka miesięcy.

Jest mi już wszystko jedno. Złapana w tryby machiny o nazwie Służba Zdrowia i tak nie mam żadnego wpływu na swoje leczenie. Chyba, że mam pieniądze.

12:39, semiranna
Link Komentarze (24) »
piątek, 05 sierpnia 2011
Diagnozy

Mija czwarty tydzień leczenia. Dzisiejszy poranek jest jednym z lepszych. Ból nie paraliżuje woli i ciała. Jest, ale albo się do niego przyzwyczajam, albo nareszcie choć trochę odpuszcza. Cokolwiek by nie było przyczyną jego zmniejszenia - jest lepiej.

Uczę się samoobsługi. Dziwne? Też bym tak kiedyś pomyślała... Nie sądziłam, że traktowana przeze mnie lekceważąco lewa ręka jest tak bardzo potrzebna... Nie przypuszczałam, że prawa jest bez niej właściwie do niczego... Ale uczę się. Najlepiej idzie mi zapinanie guzików, najgorzej - a właściwie wcale - zakładanie biustonosza. A muszę, bo gips boleśnie obciera mi skórę na piersi. Dziś próbowałam założyć staniczek przez nogi, ale utknęłam przy wsuwaniu ramiączka na gips. Nie udało się. Na pocieszenie stukam w klawiaturę i cieszę się, że prawa dłoń opanowała umiejętność stosowania altu do znaków diakrytycznych i właściwie tylko do wykrzyknika i @ używam ołówka w zębach, bo palce nie sięgają tak daleko.

No i najważniejsze - od jakiegoś czasu zupełnie samodzielnie robię toaletę. Moja kochana Pani Opiekunka to anioł. Nie sądziłam, że tacy ludzie jeszcze chodzą po świecie. Zanim nauczę się samodzielnie obierać warzywa, myć naczynia i wielu innych dwuręcznych czynności, Jej pomoc jest dla mnie zbawieniem.

Co drugi dzień jestem u lekarza na zmianie opatrunków. Zdjęcie szwów nie było przyjemne, ale mam je już za sobą. Ciało wokół śrub zaczęło się dobrze goić - idzie ku lepszemu:)

Tylko ten mętlik w głowie...

W szpitalu dawkowano mi informacje o stanie ręki. Nie byłam w dobrym stanie psychicznym, więc oszczędzano mi dodatkowych stresów. Jak jest naprawdę wyczytałam dopiero na wypisie szpitalnym. Wcześniej czepiłam się słów ordynatora, że ręka będzie częściowo niesprawna. CZĘŚCIOWO. To mi wystarczyło, żeby się nie bać. Mój spokój zaburzyły słowa lekarza leczącego martwicę. Powiedział, że unieruchomienie łokcia na 8 tygodni spowoduje, że ręka pozostanie zgięta prawie pod kątem prostym bez możliwości rehabilitacji. Że w dwudziestoletniej praktyce nie spotkał się z tak długim okresem zagipsowania łokcia i efektywnej po tym rehabilitacji. Prawdę mówiąc nie bardzo go słuchałam. Jakby nie o mnie chodziło. Jednak przy każdej niemal wizycie, Pan Doktor dopytywał czy znalazłam już dobrego ortopedę, bo ten gips trzeba jak najszybciej zdjąć...

Najstarsza pracuje w klinice. Rozmawiała na ten temat ze swoimi lekarzami i praktycznie każdy z nich powiedział, że rozumie oba stanowiska lekarzy. Jeden chce żeby rozsypany łokieć w ogóle się posklejał i wierzy w siłę rehabilitacji. Drugi natomiast uważa, że po to robi się operacje, żeby nie była konieczna wielomiesięczna rehabilitacja. A prawda leży pośrodku, bo wszystko zależy od tego, w jaki sposób mój organizm da sobie radę z zalaniem się kości.

Ja to wszystko rozumiem, tylko co mam robić? Którego posłuchać? Zdjąć gips po 5 czy po 8 tygodniach? To prawie miesiąc różnicy...

Na dzień dzisiejszy, po długich debatach z dziećmi, postanowiłam po pięciu tygodniach jechać do ordynatora ortopedii, który przeprowadzał operację mojej ręki. On widział wszystkie jej bebechy, wie co zrobił i wziął odpowiedzialność za swoją pracę. Powiem mu o wszystkich wątpliwościach i strachu przed przyszłością. Zaufam mu.

08:53, semiranna
Link Komentarze (17) »
niedziela, 31 lipca 2011
Dom

Kiedy wychodzisz ze szpitala, wydaje Ci się, że najgorsze masz za sobą. Że teraz z każdym dniem może być tylko lepiej. Nic bardziej mylnego...

Zaopatrzona w recepty, pełna dobrych myśli, sycząc i pojękując na każdej nierówności drogi, dojechałam do domu. Pierwsza myśl - umyć się. Porządnie, za te wszystkie dni. W domu mam prysznic z brodzikiem. Żadnego uchwytu, żeby wesprzeć zagipsowaną od pachy po połowę palców ręki. Miałam do wyboru: prawą ręką myć się, albo trzymać chorą rękę. Tylko kto wtedy mnie umyje? Nawet najmniejszy ruch powodował wściekły ból pośrubowanej ręki, ale przecież umyć się muszę:/

Bohatersko wołam do łazienki syna. Nie umiem pozbyć się uczucia wstydu, ale silniejsze jest pragnienie czystości. B. stanął na wysokości zadania, przywołując do porządku moje zdenerwowanie krótkim: "uspokój się, przecież jestem twoim synem". Pomogło, ale mycie nie było przyjemnością - ból stawiał świeczki w oczach. Odświeżona powlekłam się do łóżka. Wykupione leki szeregiem leżały na stoliku. Mozolnie zrobiliśmy układankę kiedy, które mam brać. W sumie 29 pigułek różnej maści, w tym te dla mnie w tej chwili najważniejsze - przeciwbólowe. Nie wiem jak to się stało, być może to wynik oszołomienia lekami, ale wzięłam Ketokonazol za Ketonal... Teraz się śmieję, ale wtedy, pierwszego dnia pobytu w domu, kiedy ostry ból miażdżył mi rękę i mózg, nie miałam pojęcia, że tak bardzo się pomyliłam. Pierwszy raz w życiu krzyczałam z bólu. Zdenerwowany syn chciał już dzwonić na pogotowie, kiedy telefon od Najstarszej wszystko wyjaśnił. Mogłam zjeść nawet całe opakowanie środka przeciwgrzybicznego (ketokonazol), ale to nie zmniejszyłoby bólu. Po godzinie zaczął działać tramal. Ból przytępiał, mogłam odetchnąć.

Następnego dnia na opatrunek. Wycięte w gipsie "okienka" pozwalały na zdezynfekowanie szytych ran i miejsc, gdzie wystają śruby. Pielęgniarka w zabiegowym dzielnie dała sobie radę. Napisałam "dzielnie", bo nie wszystkim się to udawało. Jedna z pań w ośrodku poprosiła mnie nawet żebym pojechała do innego gabinetu. Ale tym razem było dobrze. Przy okazji musiałam iść do lekarza, bo okazało się, że po antybiotyku mam uczulenie krwistą wysypką wylewające się na twarz. Zastrzyk sterydów i zmiana antybiotyku.

Gips zakładany był na mocno opuchniętą rękę. W niedzielę opatrunek był luźniejszy, a w poniedziałek latał mi na ręce, powodując diabelny ból pokiereszowanego łokcia. Pal diabli ból, ale strach, że może stać się coś złego, wygnał mnie na poszukiwanie lekarza. Błogosławiłam urlop syna. Wizyta u chirurga uspokoiła mnie, ale bólu nie zmniejszyła. Starałam się wykonywać jak najmniej niepotrzebnych ruchów, ale ból ani myślał odejść. Tylko tramal powodował jego zmniejszenie, ale wpadałam po nim w otępienie.

Przy kolejnej zmianie opatrunku okazało się, że wdała się martwica. Znowu wizyta u lekarza i usuwanie tkanki martwej. Nie bolało. Tylko strach co będzie dalej. A dalej były następne wizyty i wycinanie popsutego ciała. Nareszcie martwica odpuściła i zaczęło się goić. Jeśli komuś się wydaje, że przez to przestało boleć, to jest w błędzie. Ręka boli nie tylko przy poruszeniu. Boli nawet wtedy, gdy nieruchomo leży wsparta na poduszkach. Ból rwący, pełzający, tępy, strzelający, parzący - do wyboru, do koloru. Odbiera sen i zdolność logicznego myślenia. Sam gips już mi nie przeszkadza, przestałam czuć jego ciężar. Z łokciem jest coraz lepiej. Najgorzej z nadgarstkiem. Nie da się tego opowiedzieć. Świadomość, że tkwi w nim żelastwo też nie pomaga. Raz spojrzałam przy zmianie opatrunku i zrobiło mi się słabo. Ręka będzie nie tylko niesprawna, ale i mocno zniekształcona. Za dużo jak na mnie.

09:02, semiranna
Link Komentarze (14) »
czwartek, 28 lipca 2011
Szpital

"Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie."

Słowo daję - takie słowa powinny witać pacjentów szpitali. Żeby sobie broń Boże nie zaczęli wyobrażać Bóg wie jakiego traktowania.

Zaczyna się na izbie przyjęć. Tu stajesz się "przypadkiem", względnie "jednostką chorobową" o konkretnym numerze. Nie jesteś na tyle przytomny żeby samemu się przebrać? Licz się z tym, że zostawią Cię na kilka godzin w brudnych po wypadku ciuchach. Rodzina? Będzie bała się dotknąć, żeby nie spotęgować bólu, a wszystkie jej prośby w pokoju pielęgniarek będą kwitowane krótkim: zaraz ktoś podejdzie. I na tym się kończy pielęgniarska pomoc.

Noc po operacji wolałabym zapomnieć. Ranek powitał mnie mdłościami. Zdążyłam dowlec się do umywalki. Od poprzedniego poranka nic nie jadłam i nie piłam, więc tylko rzucało mnie, chcąc wyrwać żołądek z trzewi. Popełniłam błąd - zmęczona napiłam się wody. To, co się później działo było jakimś koszmarem. Stałam nad umywalką, a salowa wrzeszczała na mnie, że powinnam rzygać do nerki, że do umywalki nie wolno. Że nie było nerki? A co to kogo obchodzi? Litościwa wspólniczka szpitalnej biedy poczołgała się do pielęgniarek z prośbą o nerkę i informacją o moim stanie, chociaż wątpię, żeby nie słyszały odgłosów z naszego pokoju. Mieli mnie zabrać na rtg, jednak w żaden sposób się nie dało. Po czterech godzinach mąk, zdecydowano się podać mi zastrzyk przeciwwymiotny. Nieludzko zmordowana mogłam nareszcie położyć się do łóżka.

Oprócz antybiotyku i innych leków, w mojej karcie było zalecenie podawania trzy razy na dobę środków przeciwbólowych. Naprzemiennie tramal z ketonalem i pyralginą. Nie przyszło mi do głowy, że muszę się upomnieć o podanie leku, więc koło godziny 14 zwijałam się z bólu. W głowie kołatała jedna myśl - nie chcę być upierdliwą pacjentką, pewnie za chwilę ktoś przyjdzie z kroplówką. Syn przyjechał zaraz po pracy, koło 16. Nie umiałam się opanować - płakałam z bólu jak małe dziecko. Nie wiem co i jak powiedział pielęgniarkom, ale w ciągu minuty pojawiła się w pokoju czerwona jak piwonia panienka z kroplówką. I nie był to rumieniec szczęścia.

Byłam w tej szczęśliwej sytuacji, że miałam sprawną prawą rękę i coś tam mogłam zrobić przy sobie, chociaż nawet najmniejszy ruch poskładaną kończyną wywoływał piekielny ból. Ale w innych salach leżeli ludzie w naprawdę ciężkich stanach. Często nieprzytomni. Wczesnym porankiem na salę przychodziła młoda pracownica szpitala, która na specjalnym wózku miała akcesoria do mycia pacjentów. Stawała w progu sali i z pięknym uśmiechem pytała, czy pomóc komuś w toalecie. Pacjent nieprzytomny, czy na mocnych środkach nie odpowie, więc paniusia robiła w tył zwrot i wyjeżdżała z sali. Tylko pierwszego dnia poprosiłam o pomoc. Przecierając mi gąbką plecy panienka miała tak skrzywioną minę, jakbym w nocy biła się z gównem.

Rozumiem, że personel w takich miejscach musi stosować bariery, żeby chronić własną psychikę. Że gdyby pielęgniarki miały przejmować się i współczuć każdemu pacjentowi, to po pół roku lądowałyby w wariatkowie. Ale jest granica, której nikomu nie wolno przekroczyć, w przeciwnym wypadku ciężko chorych ludzi odczłowiecza się. Nazywanie pacjentów "śmierdzielami", wyśmiewanie bezradności i nierzadko lekceważenie zaleceń lekarskich. To pielęgniarski świat, który ożywa w godzinach zmiany dyżurów, a pozostałe 12 godzin spędza w pokoju wypoczynkowym przed tv.

11:33, semiranna
Link Komentarze (17) »
środa, 27 lipca 2011
11 lipca 2011

Data jak każda inna. Kolejny poniedziałek rozpoczynający tydzień pracy. Niedawno prosiłam o podwyżkę. Zarabiam niewiele, ciężko wyżyć, często muszę wspierać się na dzieciach. Niestety nie udało się - z podwyżki nici. Zmartwiło mnie to troszkę, ale nie zmieniło mojego podejścia do pracy. Nadal uważam, że żyję dzięki niej i ludziom, z którymi pracuję. Pomogli mi podnieść się z życiowych klęczek. Dlatego w tamten poniedziałek, jak zwykle z uśmiechem szykowałam się do pracy.

Od dłuższego czasu jeżdżę do niej rowerem. Trochę dla zdrowia, trochę z oszczędności. Przestałam już bać się przejeżdżających ciężarówek, ale wolę jeździć chodnikami - czuję się bezpieczniejsza. Rano padało, nawierzchnia kamiennej kostki była wilgotna i śliska. Nie jechałam szybko, a jednak wyrzuciło mnie jak z katapulty. Odruchowo zasłoniłam głowę lewą ręką i upadając słyszałam dziwaczne potrzaskiwanie. Pierwsze odczucie - nic się nie stało. Ale zaraz po tym rwący ból w ręce oznajmił, że jednak coś jest. Ręka puchła w oczach, zrobiło mi się słabo. Przygodny kierowca zatrzymał się, podszedł do mnie, spojrzał na rękę i zadzwonił po pogotowie. Nie widziałam co mi jest, ale wiedziałam, że jest niedobrze. Ból odbierał przytomność. Pogotowie zawiozło mnie do tutejszego szpitala. Zdjęcia rtg budziły zdumienie wszystkich, którzy je oglądali. Nikt nie wierzył, że to złamania po upadku z roweru. Ordynator chirurgii powiedział tylko kilka słów: zawieźcie do L., może tam uratują tę rękę.

Nie pamiętam drogi. Pół godziny wyjęte z życiorysu zapisało się jednym słowem: BÓL. Ze szpitala przed operacją pamiętam tylko niezliczone pytania, na które ciężko mi było znaleźć w swojej głowie odpowiedzi. Wreszcie porozcinali i zdjęli ze mnie pokrwawiony podkoszulek i majtki. Zielony, operacyjny fartuszek pachniał czystością.

Blokada splotu ramiennego nie udała się. Znieczulenie nie zadziałało. I dobrze. Odpłynęłam w błogą nieświadomość narkozy. Po trzech godzinach przywrócono mnie życiu i przywieziono na salę. Kroplówka z tramalem pozwalała na chwile odpoczynku. Tylko chwile. Nie wiedziałam, że ból stanie się moim nieodłącznym towarzyszem do dnia dzisiejszego.

Rozpoznanie:

Wieloodłamowe złamanie wyrostka łokciowego lewego z przemieszczeniem. Złamanie trzonu kości łokciowej lewej w 1/2 bliższej. Wieloodłamowe przezstawowe złamanie nasady dalszej kości promieniowej lewej z przemieszczeniem odłamów. Wieloodłamowe przestawowe złamanie przynasady dalszej kości promieniowej lewej z przemieszczeniem odłamów. Otwarte zwichnięcie w stawie promieniowo-łokciowym dalszym. Złamanie wyrostka rylcowatego kości łokciowej lewej.

Nie mam osteoporozy, a  jednak kości ręki wyglądają tak, jakby przejechał po nich walec. Poskręcane śrubami, mocowane prętami i innymi drutami powinny się zrosnąć. Ręka nigdy nie będzie sprawna. Jeszcze to do mnie nie dotarło.

11:26, semiranna
Link Komentarze (16) »